Rozmówki z Młodym (11)

Pocinam twardo w gierkę i słyszę niewinny głos Młodego:
- Może ci matka do sklepu po coś iść?
Zdębiałam…
Młody, sam od siebie, chce iść do sklepu?
- Matka, na pewno nic nie potrzebujesz? Bo jak potrzebujesz to ci do biedry skoczę – zapewnia Młody.
Się zdziwiłam… bardzo…
- Młody, a ty chory jesteś czy jak? – lepiej było się upewnić. Przecież sam od siebie od kompa się nie ruszał. Trzeba było motywacji w postaci spaghetti, albo innego żarcia, albo zmuszenia…
- Nie, ale wiesz, mogę iść do biedry, jak coś potrzebujesz.
- No to po sos leć, ale nie musisz taki kawał do marketu, idź do sklepu bliżej.
- Nie no, w biedrze taniej będzie – argumentuje dziecię.
No jak nic dziecko mi się rozchorowało.
- Młody, nie trzeba do biedry, idź tu do tego bliższego sklepu.
- Ale do biedry pójdę, dobra? Masło jeszcze kupię, bo się skończyło. W tym sklepie nie będzie tego co kupujemy.
Noż kufffa. Jak nie będzie? Jak zawsze jest? I co on się tak uparł na tamten kierunek? Oderwałam się od gry i włączyłam tryb myślenia. Trybiki w mózgu zaczynały powoli łapać. Przypomniał mi się nocny spacer z psem i Młodym, który wykazał olbrzymią chęć wyjścia z psem na spacer, ale koniecznie żeby iść w stronę poczty…
- Młody – trybiki w moim mózgu zaczynały kręcić się coraz szybciej – Czyżby w okolicach biedry był jakiś pokemon do złapania?
- No – brzmiała odpowiedź.
I wszystko jasne :)

Pokemon Go!

Swoim leniwym zwyczajem wbiłam na demoty. W przerwach pomiędzy ubijaniem wroga (w końcu nie samą grą nolife żyje), a czyszczeniem Vikinga – bo się maleństwo uświniło po deszczowej rajzie. Wyskoczyły mi dziwne obrazki i teksty dotyczące słitaśnych pokemonków.
Myślę sobie – oooo, czyżby bajka wróciła do łask? Pikachu był całkiem fajny – żółciutki i wyglądał jak mięciutka kaczuszka rodem z reklam produktów dziecięcych.
Jednak po tekście, że Pokemon Go jest podobny do Tindera, bo w obu przypadkach chodzi o upolowanie potwora z pobliskiej okolicy – nieco zwątpiłam. Czyli to nie o bajkę chodziło. Może zatem to nowy portal randkowy? Dla japończyków?
Rozkminiałabym pewnie do białego rana o co tu biega, ale domowa młodzież wykazała się empatią i wytłumaczyła starej matce co to jest to całe Pokemon Go.
Z jednej strony zarąbiście, że ktoś stworzył aplikację, która zmusza ludzi do wychodzenia z domu i przemieszczania się po mieście. Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Z drugiej strony – oczami wyobraźni już widzę te sfory zombiaków pochylające się nad srajfonami (w nadziei upolowania pokemonka), bezmyślnie pakujące się na jezdnię, włażące pod koła aut, motocykli, obijające się o latarnie, słupy, wpadające na innych. Będzie trzeba jeszcze bardziej uważać na drodze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zombie zaatakuje.
A z trzeciej strony – podziwiam genialny umysł pomysłodawcy, twórcy aplikacji. Stworzyć coś, co spowoduje, że rzesze ludzi będą chodzić pod czyjeś dyktando :D Kierować ich spacerem, krokami, wytyczać im trasę do pokonania, a w nagrodę pozwolić im złapać wirtualnego pokemonka! :D
Toż to lepsze od psa pasterskiego oganiającego stado baranów :D
Ba! To jest lepsze od kierowania Simsami!

Rozmówki z Młodym (10)

Wyleźliśmy z domu, celem uzupełnienia żarcia na weekend. Upał upałem, ale Młodemu zamarzyły się mielone. Nawet sam od siebie i ochoczo zgodził się pójść na zakupy. Co też te lato zrobiło z normalnymi nolifami, to ja nie wiem.
Po drodze zahaczyliśmy o jedno moje ulubione miejsce, a zmianę miał jak zwykle wesoły, żartobliwy sprzedawca. Znamy się już dłuższy czas, często się pożartuje przy okazji robienia zakupów.
- Ooo – zamrugał z niedowierzaniem. – Kiecka? – zmierzył mnie uważnie, ze zdumienia przecierając oczy.
Fakt, zobaczyć Thori w kiecce na mieście, widok rzadko spotykany.
- Ano
- No to teraz trzeba trochę wiatru i będzie jak Marylin Monroe – zamachał rękami w okolicy swoich bioder.
- E, tam – mruknęłam – Dupa za wielka na takie Marylin.
- Ależ skąd! Ależ skąd! – zaczął – Pani to zgrabna i w ogóle! – zapewnił gorliwie.
Do zapewnień przyłączyło się ochoczo kilku męskich klientów wesołego sprzedawcy. Od razu plus 1000 do poprawy humoru. Kupiłam co miałam kupić, wylazłam z bananem na twarzy, a jeszcze w drzwiach było słychać:
- Naprawdę! Zgrabna! Ładnie pani w tej kiecce! W ogóle super!
Humor poprawiony na resztę dnia, nawet upał już nie straszny. (Jakby któraś z dziewczyn potrzebowała darmowych komplementów, to wskażę miejsce, gdzie można je dostać :D) Patrzę na Młodego, a ten się ryje.
- Jesteś matka zgrabna – potwierdził – zgrabna na swój sposób… ale legginsów to ty lepiej nie zakładaj. Sama rozumiesz. Dopóki nie wkładasz legginsów, to nie wyglądasz jak wieloryb.
Tia… dziecko zawsze prawdę powie…
Poleźliśmy dalej. Młody nawija.
- I wiesz matka, on się na mnie obraził.
- Focha strzelił jak baba? O co?
- Bo mu powiedziałem, że czarny humor to jak czarny niewolnik. Nie każdy go ma.
Brechłam śmiechem.

Rozmówki z Młodym (9)

Siedzimy w urzędzie i czekamy aż dane nam będzie wejść do pokoju. A pokój oblężony przez panie urzędniczki. Siedzą w środku i nawijają. Upewniam się, czy przerwa śniadaniowa się skończyła. Skończyła dawno. No nic, trzeba czekać, chociaż czas nagli, bo jeszcze kilka innych spraw jest do załatwienia.
- Matka, spokojnie, na pewno omawiają ważne sprawy – rzuca niewinnie Młody.
Patrzę na niego wzrokiem bazyliszka.
- Jakie ważne sprawy?
- Na przykład co urodziła Gabryśka z serialu, albo że sąsiadka miała nową sukienkę, albo kolor lakieru do paznokci… – Młody uśmiechnął się niewinnie.

Rozmówki z Młodym (8)

Wraca człowiek do domu, wchodzi do kuchni… i dostaje szoku.
- Młody, czy ty się bawisz w nowoczesnego budowniczego egipskiego, że piramidy z garów w zlewie budujesz?
- Matka, w Tetrisa nigdy nie grałaś, czy jak? Jak się prawidłowo ułoży, to samo powinno zniknąć.
- To kijowo ułożyłeś, bo nie znika.
- Zniknie, co nie?
Zniknie kurna… zniknie…
Moje łapki chociaż małe, do zmywania doskonałe…

Samotna starość boli

Szpitale, poradnie, kliniki onkologiczne – miejsca, w które nikt nie chce trafić. Czasami jednak życie nas tam kieruje. Albo chęć uratowania życia, nadzieja…
Przez pewien czas bywałam tam w charakterze osoby towarzyszącej.
Dużym szokiem było dla mnie to, że jest tam bardzo dużo pacjentów. Przyznam, że nie spodziewałam się takiej ilości chorych. Począwszy od młodziutkich osób, które mają przed sobą całe swoje życie (mam nadzieję, że mają…), po osoby naprawdę wiekowe, których świeczka życia już dogasa.
Zastanowiła mnie ilość osób towarzyszących chorej osobie. Pacjenci młodzi i w średnim wieku – zwykle przychodzili z kimś.
Natomiast osoby starsze… na palcach jednej ręki mogłam policzyć ilu z nich ktoś towarzyszył.
Tam zobaczyłam jak wygląda samotność. Samotna starość.
Starsi ludzie pozostawieni sami sobie, z bólem, strachem, nierzadko mający trudności z poruszaniem się, pamięcią czy komunikacją z innymi.
Zdani na łaskę obcych ludzi i personelu.
Smutne widoki, które tam zobaczyłam, zapewne będę pamiętać długo.
Staruszkę z trudem poruszającą się o kulach i próbującą dotrzeć pod drzwi gabinetu.
Staruszka z balkonikiem, rozglądającego się bezradnie po poczekalni. Czy tego, dopytującego się niespokojnie o numer gabinetu. Innego, ściskającego kurczowo teczkę z badaniami i dopytującego ludzi czy na pewno stoi we właściwej kolejce do rejestracji. Komuś upadła saszetka, wypuszczona z drżących rąk, komuś rozsypały się wyniki, a siedzące w pobliżu osoby próbowały pomóc i podać upuszczone przedmioty.
Samotni starsi ludzie zagubieni, smutni, z strachem, przerażeniem, widocznym w ich oczach i na twarzach. Bez bliskich, bez przyjaciół, bez znajomych, którzy wsparliby ich w tych trudnych dla nich chwilach.
Nie powinni być sami.

Personel medyczny odwalał tam kawał wspaniałej roboty. Byli pełni życzliwości, uprzejmości, współczucia i zrozumienia. Wspierali i pocieszali przerażonych staruszków. Dodawali otuchy. Troskliwie i z anielską cierpliwością tłumaczyli po kilkanaście razy jedną i tę samą rzecz. Ułatwiali pacjentom życie jak tylko mogli. Tu podsunęli wózek, tu podprowadzili do windy, tu zaprowadzili (zawieźli wózkiem) do lekarza, na badania, posadzili na ławce, podali upuszczone przedmioty. Przechodząc obok, dopytywali czy wszystko w porządku. Nie było po nich poznać zniecierpliwienia, pośpiechu. Nawet gdy jedna ze starszych pań uparła się, że zamiast jechać na wózku, pójdzie pieszo.
- Bo ja siostrzyczko jeszcze siły mam. Muszę mieć. Nie trzeba mnie wozić. – twierdziła, wspierając się na pielęgniarce. I szły korytarzem w iście żółwim tempie, kroczek po kroczku, przystając co trochę, by starsza pani mogła odpocząć. Z twarzy pielęgniarki nie schodził życzliwy uśmiech. Cierpliwie wysłuchiwała opowieści o wspaniałych dzieciach i wnukach. Tylko gdzie do cholery te „wspaniałe dzieci i wnuki” były? Na pewno nie było ich przy osobie, której w tej chwili były potrzebne.
Życzliwy ochrzan, który dostała bliska mi osoba, na długo pozostanie w mojej pamięci:
- Pan doktor każe przyjść do kontroli, a ja nie wiem czy dożyję… – ten strach w głosie słyszałam często.
- Ależ co mi pan tu opowiada, że pan nie dożyje! – „oburzył się” lekarz – Tu przychodzą ludzie starsi od pana! Chcę tu pana widzieć na kontroli i zobaczyć bardzo dobre wyniki.
- Ale w moim wieku…
- Co w pana wieku, no co? Młody pan jeszcze jest. Dbać o siebie i korzystać z życia!
Ktoś mi bliski zaczął się niepewnie uśmiechać.
- To umawiamy się, że widzimy się (data). I nie gadać mi to, że pan nie dożyje. Bo ja tu będę czekał na pana.
Pokuszę się o stwierdzenie, że tam nie ma personelu medycznego – tam są anioły, które pomagają ludziom.

Na szczęście nie wszystkie starsze osoby były osamotnione i pozbawione wsparcia.
W sercu coś mnie ściskało, kiedy widziałam dresa przyprowadzającego schorowaną matkę na zabieg i opiekującego się nią z delikatnością. Czy dwóch młodych mężczyzn zmieniających obuwie ojcu, który sam nie był w stanie sięgnąć do butów.
- Tata nie chodzi, zaraz podjadę pod wejście.
- Nie trzeba synku – bronił się dzielnie staruszek.
- Nie trzeba, ale chcę – chłopak uśmiechnął się.
Dwie starsze panie, z których rozmowy wynikało, że są sąsiadkami. Jedna wspierała drugą.
Starsze, kochające się małżeństwo. Te uczucie biło od nich. Ona usadziła troskliwie jego na ławce, a sama poszła załatwiać rejestrację. Próbował protestować, że to on powinien opiekować się nią, a nie odwrotnie. Uciszyła jego protesty słowami, że jak ona zachoruje, to wtedy on będzie się opiekował nią. Pokiwał prędko głową. W ich spojrzeniach dało się zauważyć ogromną miłość.

Samotna starość to bardzo przykra rzecz.
To co zobaczyłam na onkologii uświadomiło mi, że zbyt wiele osób zapomina o swoich bliskich. Nie udziela im wsparcia, pomocy, odtrąca brutalnie, wyrzuca ze swojego życia, tak jak wyrzuca się odpadki na śmietnik. Zapominają. Uznając, że stary człowiek to już długo nie pożyje, można o nim zapomnieć. I tak umrze.
Ludzie żyją w ciągłej gonitwie za pieniędzmi, stresie, brakuje im czasu, by poświęcić go na bliskich. A jeśli już nawet mają czas, to wolą go wykorzystać na swoje przyjemności. Bo przecież ten stary człowiek i tak umrze…
W oczach tych samotnych, starszych ludzi widziałam łzy wzruszenia, na zwykłe życzliwe gesty. Podanie upuszczonej rzeczy (ot coś banalnego, co robimy odruchowo, kiedy osobie obok nas coś upadnie. Podnosisz, podajesz i nie przywiązujesz do tego wagi) spotykało się z wieloma podziękowaniami, żarliwymi podziękowaniami.
Zwykłe podprowadzenie do gabinetu, udzielenie informacji o numerze gabinetu, czy życzliwy uśmiech anielskiego personelu sprawiało, że ci starsi ludzie byli wdzięczni za okazane im zainteresowanie i pomoc. Było to dla nich coś niezwykle cennego, wartościowego. Coś, czego najwidoczniej nie doświadczali na co dzień.
Wielu starszych ludzi nie przyjdzie i nie powie: potrzebuję cię, potrzebuję twojej pomocy, kilku ciepłych słów, pocieszenia, czy wsparcia. Są wychowani inaczej niż młode pokolenie. Przeżyli o wiele więcej, nieraz ciężkich, tragicznych wydarzeń. Przeważnie zmuszeni byli sami troszczyć się o siebie i swoich bliskich. Są twardzi. Próbują być twardzi. Próbują wciąż być samodzielni. Nie chcą obarczać swoimi problemami innych, uznając, że nic im się już nie należy od życia.

Rozejrzyjcie się czasami dookoła siebie. Prosty gest, życzliwy uśmiech, pomoc, chwila rozmowy – was to nic nie kosztuje, a możecie w jednej chwili rozjaśnić komuś dzień.
I pamiętajcie – wy też kiedyś będziecie starzy. Obyście nigdy nie odczuli na własnej skórze obojętności i samotnej starości.

Młoda v Glonojad

Trzeba było uzupełnić akwarium o nowe rybki. Jako, że sklep otworzyli mi prawie pod nosem i odpadł problem z transportem rybek, nie było już wymówki. 

Polazłam tam z Młodą. Powybierałyśmy co chciałyśmy, uprzejmy personel zaczął nam rybki wyławiać. I wszystko byłoby fajnie i cacy, gdyby nie zachciało mi się glonojada. Ot taki tam był na dnie, malutki, raptem z dwa centymetry miał. Glonojad ma to do siebie, że jak się do czegoś przyssie, to nie chce odpuścić. Najlepszy klej przy nim wymięka. Podobno jednak taką siłę przysysania się do czegokolwiek, wykazują większe osobniki. Podobno…
Miła pani ze sklepu zabrała się za wyławiania glonojadka. Tego malutkiego (ok. 2cm!), którego najpierw trzeba było namierzyć, bo chował się pod rybkami. Namierzony, pani działa.
Okazało się, że to, że ktoś go chce wyłowić, nie oznacza, że on da się wyłowić. Nagle dostał turbo powera i zaczął zwiewać po całym akwarium. Nie miałam pojęcia, że coś, co przed chwilą udawało nieruchomą przyssawkę, nagle może zapierd… w wodzie tak, że żaglica* wpada w kompleksy. Po akcji całego personelu sklepowego (trzy osoby), udało się go złapać na podbierak. Pierwsza próba przełożenia glonojada z podbieraka do kubeczka z wodą skończyła się niepowodzeniem. Druga i trzecia też. Przyssał się do siatki podbieraka… I za nic w świecie nie zamierzał odpuścić. Po kilku kolejnych próbach (i panice mojej i Młodej, że mu się zdechnie z powodu braku wody) udało się go oderwać. Żywego, nieuszkodzonego.
Ufff, znalazł się w kubeczku.
Reszta rybek też tam trafiła, można było zacząć je pakować do transportu, czyli: poprzekładać do woreczka z wodą i zabezpieczyć ów woreczek.
Rybki znalazły się w woreczku bardzo szybko. Zgadnijcie, kto pozostał na dnie kubeczka…
Tak… przyssany glonojad. Panika. Prędkie dolewanie wody do kubeczka, żeby maleństwo się nie wykończyło i kolejne próby przełożenia drania do woreczka. Próba zastukania w dno kubeczka, żeby odpuścił i się przemieścił, spowodowała okrzyk jednej z pań z personelu: Nie tak! Zabijecie go! Trzeba z nim jakoś inaczej.
Tylko kurde jak? Namawiać go mamy czy co? Może jak usłyszy prośby pięciu osób, żeby jednak oderwał się od kubeczka, to się odessie od niego?
Po kilkunastu kolejnych próbach łagodnego przełożenia upartego glonojada do woreczka (i w międzyczasie dolewania wody, poruszania kubeczkiem itp.), okazało się, że nie jesteśmy w stanie go „zmusić” do dobrowolnego wpłynięcia, tam gdzie powinien być.
Decyzja zapadła. Zepchniemy go na siłę. W końcu przecież musi się odkleić. Co prawda była obawa, że najzwyczajniej w świecie, zamiast zepchnąć skubańca końcem łyżeczki do woreczka z wodą, wyprujemy mu przez przypadek flaki, ale…
Udało się!
Młoda uśmiana, personel rozbawiony. Tak upartego glonojada jeszcze nikt nie widział.
- Jak wy go sobie w domu przełożycie do akwarium?
- Będzie prościej – uznałam – wypuści się rybki, pewnie wypłynie razem z nimi…
Dotargałyśmy skubańca do domu.
Akwa otworzone, ryby wpuszczone, a kto został we woreczku?
Glonojad…
Uparcie przyssany do woreczka. I ani go wypchnąć (bo zgnieciemy maleństwo), ani zmusić do wypłynięcia (a sam od siebie nie chciał wypłynąć).
Po kilku minutach manewrowania woreczkiem, łapania w niego powietrza i próbie wypchnięcia tego pieprzonego glonojada (!), poddałam się i poszłam po nożyczki z zamiarem rozcięcia worka. A dokładniej wycięcia dziury z glonojadem w tle.
- Mama, udało się! – wrzasnęła Młoda, kiedy wróciłam z nożyczkami. – Puścił się!
Puścił i zniknął w odmętach akwarium.
Znalazł się niedługo potem. Przyssany do tylnej ścianki…

*- najszybsza ryba świata.

PMS – help me!

Drodzy panowie!

PMS – to pieprzony zespół napięcia przedmiesiączkowego. Objawiający się wszystkim tym, czego normalnie człowiek nie życzyłby najgorszemu wrogowi (bo jednak trochę szkoda gada). Chociaż… dlaczego nie?
Nie wiem kto wymyślił tę nazwę, ale nie oddaje ona „uroku” tych kilku dni. Powinno to się nazywać zupełnie inaczej. Może „Ja pierdolę, znowu mam przewalone”(i wszyscy wokoło), albo: „Ile tak jeszcze będę się męczyć?”(do usranej menopauzy, ale i tak ponoć ma być jeszcze gorzej), czy też: „A weźcie wszyscy spieprzajcie”(i to jak najszybciej!).
Wstaje człowiek rano, sięga po swój ulubiony kubek na herbatę i od razu wie, że coś jest nie tak. Wzorek na kubku jakiś taki nierówny. Kolory jakieś takie wyblakłe. I kij z tym, że dzień wcześniej wszystko było z kubkiem w porządku. Ba, był to nawet ulubiony kubek. Najbardziej ulubiony. Taki tylko mój, najmojejszy. Dzisiaj nie jest.
Najchętniej roztrzaskałoby się go o ścianę. Palce same zaciskają się na kubeczku, ręka wznosi coraz wyżej, by wziąć solidny zamach… gdy z oczu tryskają łzy. Kilka sekund później na zapłakanej twarzy gości szeroki uśmiech. W głowie – gonitwa myśli. Jedne bardziej dołujące od drugich. Trzecia jest nawet zabawna, ale czwarta to już tragizm.
Aha, zaczyna się…
Pozostaje się pogodzić z tym, że kilka najbliższych dni będzie pod napięciem. Takim, że przesyłane w japońskich sieciach elektrycznych 1100KV, wpada w kompleksy z powodu, że jest takie słabiutkie.

PMS poprzedza nadejście miesiączki. I to chyba jedyne dni w miesiącu (pomijając potencjalne wpadki), kiedy człowiek modli się o to, żeby okres już nadszedł, bo wtedy całe to zasrane napięcie zniknie. A kiedy nadejdzie okres… to już temat na inny tekst.
Na razie pozostaje przetrwać.
A to prawdziwa szkoła przetrwania. Najbardziej hardcorowy survival może się schować.
Bunt nastolatków, spowodowany burzą hormonów jest zaledwie maleńkim, cichutkim piskiem, a owa burza – delikatnym powiewem wietrzyku.
Co ty małolacie wiesz o szalejących hormonach!
Hormonach, które najłagodniejszą, kochającą kobietą przeistaczają w krwiożerczego potwora żądnego mordu!

Można się starać, można próbować łagodzić, można zmuszać się do racjonalnego myślenia w czasie PMS, ale i tak zdarzy się coś, co wymknie się spod kontroli. Chociaż zdawałoby się, że sytuacja chwilowo jest opanowana.
Wystarczy jeden maleńki drobiazg i całą kontrolę szlag trafia.
Jaki to drobiazg? Cholera wie. Może za głośno oddychasz. Może sznurówka jest czarnego koloru. Może doniczka na oknie stoi o milimetr bliżej niż tydzień temu? (po co ją przestawiałeś? No i co z tego, że to nie ty, tylko ja?)
Takich bzdurnych przyczyn jest nieskończona ilość i za nic nie wiadomo, na którą z nich trafi w tych dniach.
Człowiek czuje się jak słonica z przenoszoną mnogą ciążą.  Przenoszoną o co najmniej kilka lat. A porodu ani widu, ani słychu…
Ciężka, niezgrabna, ociężała, opuchnięta, niczym nadmuchana żaba. Co najgorsze, ubrania i lustro zdają się to potwierdzać. Humoru to nie poprawia.
Do tego stopnia nie poprawia, że kiedy wychodzi się na ulicę to wszystkie stworzenia, które znajdują się w pobliżu, widząc minę kobiety z PMS, zwiewają gdzie pieprz rośnie, łamiąc w pośpiechu kończyny. A jeśli przypadkowo zabłąka tam się smok, monstrum rodem z piekła, to zwykle biegnie na przedzie uciekającej gromady.
I jak tu się nie rozpłakać?
A zaraz potem nie roześmiać, bo jednak uciekające monstrum jest zabawne. Szczególnie, kiedy w panicznej ucieczce wpada na mur i wybija sobie zębiska. Dobrze mu tak!
Zresztą po cholerę było wyłazić z domu, jeśli teraz oprócz zwyczajnych ciężarów, takich jak stutonowa torebka ze wszystkim co w niej być powinno i nie powinno, trzeba targać ze sobą dwustutonowe cycki, mając wrażenie, że zaraz odpadną. Może za to przynajmniej przestaną boleć? Nie dosyć, że człowiek czuje się ludzik michelin, to jeszcze w miejscu biustu ma dwa olbrzymie balony, które ciągną go do ziemi, grożąc eksplozją.
Psychikę kobiety w tym okresie można porównać do psychiki najbardziej szalonego, maniakalnego pacjenta, umieszczonego dla bezpieczeństwa na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Ba! Ów pacjent wydaje się być zupełnie normalnym człowiekiem. Miłym i sympatycznym.
Targające kobietą z PMS emocje, są niczym łódeczka z łupiny orzecha, która trafiła na sztorm, wykraczający daleko poza skalę Beauforta.
W jednej chwili pragnie przytulenia, w drugiej skoczy ci do gardła. A spróbuj tylko nie odpisać na wiadomość w ułamku nanosekundy…
Może akurat pytała o bardzo ważną rzecz? Na przykład o to czy jak zeżre pięć kilo czekolady i przytyje wciąż będziesz ją kochał? (Jeśli chcesz przeżyć, lepiej zapewnij, że tak).
Albo czy połączenie ogórków kiszonych i nutelli nie będzie miało skutków ubocznych? Bo chciałaby do tego zestawu dołożyć jeszcze kawał tortu, pudełko lodów, trochę wędzonej makreli, kilka pieczarek w occie, pizzę i… zasmażkę ;)
I pożreć to wszystko, oglądając jeden z tych filmów, o których na samą myśl żołądek wywraca ci się do góry nogami. (Dla dobra sprawy udawaj, że widząc po raz setny ów film nadal uważasz go za szalenie interesujący, a pochrapywanie to nic innego jak wyrażanie tego zainteresowania).

PMS jest ciężki dla nas, jak i dla was i dla reszty otoczenia. Staramy się nad tym panować, ale nie zawsze nam to wychodzi. O ile otoczenie mamy czasami głęboko gdzieś, to wam, drodzy panowie, nie chcemy robić przykrości.
Tak, że spokojnie, na luzie, bez stresu – to tylko kilka dni tego szaleństwa hormonów. Nie dajcie się sprowokować, zachowujcie normalnie, a wszystko będzie dobrze.

Rozmówki z Młodym (7)

Młody wstał po nocy zarwanej na granie. Wstanie obwieścił gromkim: wstałem!, które rozległo się w promieniu kilku kilometrów.
- Jesteś? – padło pytanie.
No jestem, a niby gdzie mam być, jak rozwalam potwory w grze.
- Ta – mruknęłam, tłukąc moba.
Młody przyczłapał do mojego pokoju.
- Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet! – wrzasnął radośnie.
- Młody, tobie się coś nie pomyliło?
- Nie. Święto dzisiaj jakieś masz, co nie? – zastanowił się.
- Podobno. Dzień matki…
- Aha… – pomyślał chwilę. – ale matka to też kobieta!

Truskawkowy lodzik

Zacznę starym tekstem z lat nastoletniego buntu, kiedy rasizm jeszcze nie był rasizmem, a jedynie niewinnym żartem.
Dzisiaj net śmiga jak murzyn na pasach. Pojawia się i znika.
Nie doczekawszy się sprawnie otwierających stron, które dałyby mi możliwość sprawdzenia poczty elektronicznej, doszłam do wniosku, że bardziej konstruktywne będzie ruszenie tyłka sprzed kompa i sprawdzenie co pozostało w lodówce oraz czy da się z tego zrobić obiad. Po wnikliwej analizie zawartości chłodziarki i zamrażarki okazało się, że jeśli dokupię kilka brakujących składników, to owszem, obiad powstanie.
Narzuciłam na siebie coś, co od biedy mogło uchodzić za strój wyjściowy – czytaj: pozbyłam się koszulki udającej piżamę i oblekłam swoje stare kości w dres : P
Dzielnie ujęłam w dłoń reklamówkę i wyruszyłam na poszukiwanie brakujących elementów potencjalnego obiadowego żarcia.
Ku mojej radości okazało się, że wymarzony makaron w kształcie mini muszelek dostanę w pobliżu mojej jaskini nolife.
Ustawiłam się więc grzecznie w kolejce. Udając, że nie zauważam wchodzącej tuż za mną bardzo dalekiej znajomej z dawnej pracy, która swoim codziennym zwyczajem przywlokła się mocno skacowana po coś na „rozruch”. Zresztą nawet nie musiałam udawać. W stanie, w którym była i tak by mnie nie poznała. Tak jak zwykle. Jak promile do końca opuszczą krwioobieg, to sama sobie przypomni, że mnie zna i przyleci zapytać o drobne na piwo. Tak jak zwykle.
Stoję więc sobie grzecznie w kolejce, ściskając w łapkach reklamówkę i wpatrując się z pożądaniem w makaron zalegający na półce. W międzyczasie w myślach poganiam dwie dziewczynki w różowych kurteczkach (litości, co rodzice mają z tym kolorem różowym?), które kolejną minutę zastanawiają się nad wyborem rakotwórczych chipsów marki czips.
Dawać, przyszłości narodu! Są tylko dwa smaki! Wybór nie jest trudny!
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, szalonego – zwykle tak jest, że małe dziewczynki stojące przede mną w kolejce zastanawiają się kilka godzin nad tym czy lepiej kupić lizaka w kolorze czerwonym, czy może żółtym. A może zamiast lizaka kupić gumę kulkę? Ojej… one też są kolorowe… to jaki kolor wybrać?
W myślach szarżowałam już na dziewczynki, dzierżąc bojowo reklamówkę w dłoni, kiedy drzwi sklepu otworzyły się i do środka weszło… a nie… weszło nie jest dobrym określeniem. Wbiegło, popychając się, chichocząc (!) dwóch młodych chłopców, o obliczach nieskalanych myśleniem. Zakręcili się po sklepie, chichocząc, popychając, obejmując wpół (!), krygując jak niewinne dziewczę opuszczające nieśmiało oczęta, gdy na jego licach pojawia się krwisty rumieniec, wywołany jakże śmiałym spojrzeniem zalotnika.
Na buźkach dziewczynek w różowych kurteczkach pojawił się równie wdzięczny rumieniec. Odsunęły się od lady, zaprzestając dyskusji na temat wyboru chipsów. Bardzo daleka znajoma z dawnej pracy, uniosła skacowany wzrok na młodzieńców i… posyłając im szczerbaty uśmiech, spłonęła rumieńcem…
Mój blady ryj, jak był blady, tak blady pozostał. Nigdy jakoś nie podążałam za ogólnie pojętymi trendami.
- Bo my piwo chcieliśmy – zapiszczeli młodzieńcy zgodnie.
Dżizas… nie znoszę… no wybaczcie, ale nie znoszę. Słuchania wypowiedzi młodzieńców przechodzących mutację. Nie tylko ja nie znoszę. Na niektórych komunikatorach głosowych w grze, jest absolutny zakaz przyjmowania do gildii młodzieńców piszczących do mikrofonu. Wymyślili to dorośli, którzy chcą pograć w spokoju. Tia, wiem, wredni czasami jesteśmy.
- Poproszę dowód – sprzedawczyni uśmiechnęła się spokojnie.
Kobieto, kogo ty prosisz o dowód? Przecież oni nawet tymczasowego chyba nie mają!
- Nie mamy – odpiszczała przyszłość narodu płci męskiej.
- W takim razie nie mogę wam sprzedać – sprzedawczyni pokręciła głową.
I tu do akcji wkroczyła bardzo daleka znajoma z dawnej pracy.
- Ale ja wam chłopcy kupię! Mi może pani sprzedać! Znam swoje prawa! Dajcie te pieniążki! – zatrzepotała zalotnie rzęsami, ukazując w szerokim uśmiechu puste miejsce po jedynkach, dwójkach.
Młodzieńcy zapiszczeli radośnie. Serio. Zapiszczeli. Zaczerwienili się nawet. Zakręcili ponownie po sklepie. Z chichotem, obejmowaniem się wpół, wstydliwie ponasuwali kaptury na twarz, chowając w ich cieniu zarumienione lica… Dali kasę.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, bardzo daleka znajoma z dawnej pracy leżałaby trupem. Z oczu sprzedawczyni poleciały nie noże, ale siekiery, miecze katowskie, łącznie z gilotyną i kołem tortur.
- Gumy jeszcze kup – zapiszczał jeden z młodzieńców.
- Jakie?
- Truskawkowe!
- Będzie truskawkowy lodzik – zachichotał piskliwie drugi młodzieniec, spoglądając na swojego hm… kolegę?… towarzysza?… cholera wie co?
- Truskawkowe lodziki są najlepsze – zachwycił się, wciąż piskliwie, pierwszy z… chyba chłopców? Osób o odmiennej orientacji seksualnej?
Sprzedawczyni dołożyła do piw stojących na ladzie dwie gumy do żucia…
Piskliwe osobniki spojrzały na siebie podejrzliwie. Chyba nie do końca o takie gumy chodziło?
Poczekali tylko na podsumowanie rachunku, po czym porwali z lady zakupy, biegnąc w stronę wyjścia, pozostawiając na ladzie resztę pieniędzy.
Romantycznie można by napisać, że trzymając się za splecione w czułym uścisku dłonie, pobiegli w stronę zachodzącego słońca. Tyle, że słońca nie było.
Szczęka mi opadła.
Wkrótce potem sklep opuściły dziewczynki w różowych kurteczkach (wreszcie się kurde zdecydowały!), bardzo daleka znajoma z dawnej pracy (dorwała swoje piwo na kaca).
- Ma… makaron… poproszę… – wydukałam, z trudem przypominając sobie po co przyszłam.
- Jaki?
- Ten – pokazałam palcem. Wiem, nieładnie, nie powinno się pokazywać palcem.
Jednak po tym co zobaczyłam, nie ośmieliłabym się powiedzieć, że chcę kupić muszelki.