Fanka kwiatków

Moja matka jest fanką kwiatów. Tfu, wróć. Nie fanką. Fanatyczką. Albo fanatyczną maniaczką . I nie chodzi tu o to, że lubi dostawać kwiatki, bo dalibyśmy jej jakiś wiecheć z okazji lub bez okazji, wstawiłaby go do wazonu, pogapiła się, ucieszyła jaką ma kochającą (czy pamiętającą o rocznicach) rodzinkę i byłby spokój. Ale nie… ona nie chce ciętych… Upiera się, że sama je wyhoduje…
Dopóki mieszkaliśmy w bloku był względny spokój. Bo ileż można doniczek postawić na parapecie? Na stojące, leżące, wiszące kwietniki, na których dałoby się upchnąć kolejne doniczki, w małym mieszkaniu nie było miejsca. Tak samo jak nie było miejsca na zapasowe gromadzenie doniczek, worków z ziemią, nawozów, odżywek czy innego ustrojstwa, rzekomo koniecznego do pielęgnacji zielska stojącego na parapetach.
Sytuacja się zmieniła po przeprowadzce do domku z ogródkiem. Normalnie ludzie cieszą się w takiej chwili. My też początkowo odczuwaliśmy radość, jednak zaczęła ona gasnąć w momencie, gdy matka rozejrzała się po terenie i w ekstazie oznajmiła głośno: O! Ile tu jest miejsca na kwiatki! Pies zawył, a kot schował się za nogi ojca. Wtedy zrozumieliśmy, że przeprowadzka to nie był najlepszy pomysł. Podejrzewamy jednak, że matka uważała zupełnie inaczej.
Na szczęście była jesień. To nas podtrzymywało na duchu. Ogródki mają to do siebie, że jesienią za wiele się nie podziała. Po cichu liczyliśmy więc, że do matki dotrze ta informacja i odpuści. A gdzie tam! Dowiedzieliśmy się, że jesienią trzeba wysadzić cebulki, żeby zakwitły na wiosnę. Konieczne jest też zaplanowanie co ma zakwitnąć, kiedy i w jakim miejscu. Należy więc od razu wydzielić to właściwe miejsce. Bo przecież po wiośnie przyjdzie lato i kolej na pozostałe rośliny. A ona musi wiedzieć, co potem sadzić. Rozumiecie. Już teraz, jesienią, musi wiedzieć, co posadzi w lecie, w miejscu kwiatków, które zakwitły wiosną i dokonując żywota przekwitły z początkiem lata.
Dla świętego spokoju ojciec wydzielił fragment ogródka, żeby mogła tam sobie sadzić co chce, ile chce i kiedy chce. Na resztę zaplanował trawnik. To jednak było za mało. Musieliśmy jeszcze na tym oddzielonym fragmencie porobić grządki (tam będą klomby, gazony i coś tam jeszcze – nie zrozumieliśmy co, bo matka nawijała jak w amoku), wydzielić miejsca przy chodniku prowadzącym do domu (podobno alejka z kwiatkami będzie ładnie wyglądać) i oddać matce miejsce w piwnicy (gdzieś musi przecież trzymać doniczki, sadzonki, nasiona i całą resztę, poza tym: miejsca w piwnicy mi żałujecie?). Dobrze, że piwnica wielka i nie trzeba było sąsiada prosić o przechowaniu opału na zimę.
Jesień minęła w miarę spokojnie. Cebulki wysadzone, kilka kupionych krzaków (one zakwitną za dwa lata!) osypane ładnie korą i liśćmi. Można było oczekiwać nadejścia zimy, bo więcej do roboty w ogródku nie było. Tak myśleliśmy…
Spadł pierwszy śnieg, a matka podejrzliwie wyglądała przez okno. Czy krzaki jej nie marzną, czy cebulkom nie będzie za zimno, czy przypadkiem pies lub kot nie przyglądają się brzydko temu co tam rośnie, albo będzie rosło. Potem zaczęła objeżdżać markety i ogrodnictwa w poszukiwaniu roślin odpowiednich do ogródka zimowego. Prawa jazdy nie ma, ktoś ją musiał wozić. W krótkim czasie poznaliśmy więc z ojcem rozmieszczenie wyżej wymienionych punktów w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Ku naszej silnie skrywanej radości (lepiej nie pokazywać przed kobietą, że człowieka cieszy się gdy nic nie kupiła), żaden z oferowanych tam towarów nie przypadł jej do gustu.
Mnie i ojcu zima mijała spokojnie (tylko idąc po węgiel do piwnicy potykaliśmy się o worki z ziemią i butelki z nawozami,czy też jakaś zapasowa doniczka zleciała nam na głowy. Kot przestał w ogóle odwiedzać piwnicę, a pies tkwił pod kanapą), ale matka marniała w oczach. Aż żal było patrzeć. Jako dobre dziecko podsunąłem jej komputer i gry typu: farma, zasiej i zbierz, wyhoduj marchewkę itp. Żebyście widzieli ten blask radości na jej twarzy! Zajęła się komputerową hodowlą! A my z ojcem przybiliśmy piątki.
Niestety gdy wszystko w grach już wysiała i czekała na wirtualne zbiory, zaczęła przeglądać internet. Tam odkryła strony dotyczące ogródków, ich zakładania, projektowania itp.
- Zima jest – mruknął ojciec. – Wiele nie podziała.
Chciałem mu wierzyć.
Nie doceniliśmy jednak matki…
Zaczęło projektować ogródek na kartkach. Zawzięcie coś tam rysowała, kreśliła, pisała, korzystając z bogatych zasobów internetowych. Tak ją to wciągnęło, że rośliny w grach zdążyły uschnąć i zmarnieć.
- Nie szkodzi – odparła, gdy zwróciliśmy jej na to uwagę – Zobaczcie jak będzie wyglądał nasz ogródek – rozpostarła przed naszymi oczami wielkie arkusze papieru, z precyzyjnie rozpisanymi planami. Nie rozumieliśmy co tam nabazgrała, ale wiedzieliśmy jedno: mamy z ojcem kłopoty. I to wielkie, sądząc po formacie zapisanych arkuszy.
- Może wiosna w tym roku nie nadejdzie? – odezwał się z nadzieją ojciec, gdy próbowaliśmy smętnie wyjrzeć przez okno. Próbowaliśmy, bo parapet standardowo zapchany był doniczkami. Zresztą nie tylko parapet. Piwnica już dawno przestała matce wystarczać. Teraz już część dużego stołu w warsztacie ojca zajmowały siewniki, w których matka zasadziła nasiona czegoś, co miało zacząć kiełkować i być rozsadzone na wiosnę. Obaj dostaliśmy zakaz wstępu do warsztatu, bo roślinki muszą mieć spokój. By uzyskać pozwolenie na wejście po śrubokręt trzeba było składać podanie, życiorys z trzema zdjeciami, a podanie i tak mogło zostać rozpatrzone negatywnie. Jednym słowem mieliśmy przewalone. Tak uważaliśmy.
Najgorsze miało dopiero nadejść. Mimo naszych nadziei, wiosna jednak postanowiła się ujawnić. Kot od razu zwiał na podwórze i chyba nie zamierzał wracać, a pies oczami błagał o zbudowanie budy, w której zazna nieco spokoju. Dla mnie i ojca ratunkiem okazała się codzienna ucieczka do pracy. Ba! Braliśmy nawet nadgodziny! Wychodziliśmy z domu bladym świtem, wracaliśmy późnym wieczorem, po cichu podrzucając żarcie zwierzakom. Niestety nie uchroniło nas to przed wolnymi niedzielami. A te matka wykorzystywała na regularne odwiedzanie wszelkich możliwych punktów sprzedaży roślin w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Oczywiście, jak już wcześniej wspominałem, ktoś ją musiał wozić i ktoś musiał targać za nią cały ten asortyment do auta. Wraz z ojcem cieszyliśmy się na nadejście poniedziałku jak dziecko na widok długo wyczekiwanego, wymarzonego prezentu.
Wiosna nie zdążyła jeszcze dobrze się rozgościć, a matka objęła w posiadanie dom, piwnicę, warsztat ojca, garaż i szopę na podwórzu. Buda psa została obwieszona doniczkami, a pies uciekł z niej z wyciem. Wszędzie były doniczki różnych rozmiarów, jedne z zawartością, inne bez, masa czegoś zielonego, co miało czasami jakieś kwiatki, worki z ziemią, nawozy, odżywki, siewniki, konewki i cholera wie co jeszcze. Matka zaś biegała jak kot z pęcherzem, coś sadziła, coś przesadzała, coś przycinała, coś wyrywała…
Jakby tego było mało, dogadała się z sąsiadami i zaczęli wymieniać się sadzonkami czy szczepkami roślin. Widząc kolejne sterty zielska, ojciec zaczął remontować strych, żebyśmy mieli (ojciec, ja, kot i pies) azyl. Ta inicjatywa niezmiernie ucieszyła matkę.
- Super! – zawołała radośnie – Teraz mogę kupić tę palmę w doniczce, bo akurat wejdzie mi na strych!
Ojciec zaprzestał remontu. Zaczął za to znikać na całe niedziele. Powiedział mi, że to tajemnica i dowiem się w odpowiednim czasie.
Nadeszło lato.
Zielska zaczęły kwitnąć. Pełno tego było. Gdzie by człowiek się nie ruszył, trafiał na doniczkę, albo grządkę. Nawet nauczyliśmy się chodzić tak, żeby przypadkiem na nic nie nadepnąć. Zwierzakom nieco trudniej przychodziła ta nauka. A matka pilnowała. Siedziała całymi dniami w ogródku, plewiła, podlewała, oglądała i pilnowała… Do tego stopnia pilnowała, że zażądała zamontowania kamer. Oczywiście z widokiem na kwiatki. Wracała po całym dniu siedzenia w ogródku do domu i sprawdzała na kamerach, czy poprzedniej nocy ktoś nie nadepnął na jakąś roślinę.
Weterynarz powiedział, że pies i kot wyliżą się.
Obaj z ojcem mieliśmy dosyć. Postanowiliśmy skosić trawnik. Tyle, że trawnika już prawie nie było, bo rosło tam coś zielonego. Cholera wie co to było. Wyczekaliśmy na moment, gdy matka pobiegła do sąsiadów po kolejne sadzonki i odpaliliśmy kosiarkę.
- Zielone jak trawa, co nie? – mruknął ojciec, brutalnie przejeżdżając po miejscu, które miało być trawnikiem.
Tego co działo się po powrocie matki, nie chcielibyście wiedzieć. Tak chyba wygląda koniec świata. Cudem przeżyliśmy.

Ze szpitala wypisali nas wczoraj, ale matka o tym jeszcze nie wie. Póki co siedzimy razem z kotem i psem na drugim końcu wsi w schronie, który wybudował ojciec w czasie gdy znikał na całe niedziele. Nie ma tu żadnych kwiatków. Jest dobrze. Ojciec mówi, że na zimę wrócimy do domu.

Rozmówki z Młodym (16)

Wczoraj byliśmy na zakupach. Wpadła mi w oko sukienka. No zarąbista normalnie. Cudo. W przymierzalni się okazało, że ja sukience nie przypadłam do gustu w ogóle. Za nic nie chciała się na mnie dopiąć. Noż szlag by to trafił…
Dzisiaj wieczorem wołam Młodego:
- Chodź, przejdziemy się z psem na spacer.
Młody wylazł z pokoju, popatrzył dziwnie na moje adidasy, dres.
- No chodź Młody. Tam po drodze jest siłownia na świeżym powietrzu. Nie można tak wciąż w domu siedzieć. Trzeba się czasami poruszać.
- Co matka… zabolało, że sukienka nie pasowała?

Zakupy…

Nie lubię robić zakupów w marketach. Małe sklepiki – jeszcze ujdą. Popularna Biedra czy Lidl – też. Małe toto w miarę i wiadomo gdzie czego szukać. Jednak czasami człowieka podkusi wleźć do czegoś większego. Tak też stało się ostatnio.
Questy były dwa i brzmiały:
1. Kup (konkretną – czyli tę, którą chcę) odżywkę do włosów.
2. Kup barszcz Winiary w pudełku.
Proste, co nie? Tylko pozornie.
Sklepiki osiedlowe – brak. Pozostałe minimarkeciki, w których jestem w stanie znieść zakupy – brak. Jako, że załatwialiśmy z Dużym kilka innych spraw, zajechaliśmy pod market. Duży polazł na myjnię, celem usunięcia z naszego środka transportu tego czegoś co się do niego poprzylepiało, a co zwykle nazywane jest brudem. Dużo tego było, to i Duży miał zajęcie na dłużej. Przynajmniej teraz widać jakie auto ma kształty i kolor ;)
Ja dzielnie polazłam do marketu, celem wykonania questów.
Problemy zaczęły się już przy pierwszym, ale z łatwością je pokonałam. To znaczy po kilkukrotnym obejściu środka marketu udało mi się znaleźć drogerię. Schowali ją tak, że trafienie do niej oznaczało przelezienie iluś tam set metrów. A po drodze pełno różnych innych sklepików, stoisk, którymi nie byłam zainteresowana w najmniejszym stopniu. Widać jednak inni byli, bo łazili i łazili i włazili mi pod nogi, gdy dzielnie prułam w to jedno, konkretne miejsce. Spacery sobie chyba tam jakieś robili, chociaż nie jestem do końca pewna, czy przypadkiem nie trafiłam na jakiś zlot fanów łażenia po śliskich ścieżkach marketowych.
Dotarłam do drogerii i ku mojemu miłemu zaskoczeniu odżywki były zaraz przy wejściu i kasie. No i super. Pierwszy quest zaliczony. Mam odżywkę!
Polazłam dalej, zaliczać quest drugi.
Tu już zaczęły się schody. Nie w sensie schodów w markecie, ale w sensie trudności. Nie mogłam znaleźć wejścia do owego przybytku. Udało mi to się dopiero po kolejnych kilku okrążeniach środka marketu. Ufff.
Niestety wejście było od razu na jakiś dział z ciuchami i artykułami sezonowymi. A mnie interesowała spożywka, a konkretnie barszcz. Na wszelki wypadek zerknęłam czy nie wrzucili tego czego szukam, pomiędzy sanki, ciuchy, majtki i całą tę odzieżową resztę. No nie wrzucili.
Ku mojemu utrapieniu mijałam kolejne alejki, a spożywki ani śladu. Nocniki? Proszę bardzo. Akcesoria dla zwierzaków? Są. Środki czystości? Ile dusza zapragnie. A spożywki ni chu chu.
Miałam wrażenie, że przemierzam dzikie ostępy marketu w poszukiwaniu czegoś zupełnie nieosiągalnego. Czegoś, co być może jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Serio, poczułam się jak główna bohaterka powieści fantasy, która otrzymała arcytrudne zadanie zdobycia unikalnego artefaktu, ukrytego głęboko pod ziemią, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, pagórkami, dolinami, kopalniami, kamieniołomami itp.
Po iluś tam minutowym(wydawało mi się, że wiekowym) błądzeniu dotarłam do kosmetyków. To chyba dobrze. Krem do twarzy = twarz. Twarz = usta, w usta wkładamy jedzenie, jedzenie = barszcz, czyli… spożywka chyba jest gdzieś blisko. No, bo od majtek to trochę daleko było : P
Okolica półek z mleczkami do demakijażu wydała mi się podejrzanie znajoma. Znaczy się, gdzieś już ją kiedyś widziałam. Moje oczęta zatrzymały się na słupie (czy cholera wie co to jest, ale stoi w markecie i jest duże, prostokątne, czasami wisi na tym czytnik do sprawdzania cen), który zasłaniał część półki. Poczułam deja vu. W takim miejscu było chyba moje mleczko do demakijażu. Schyliłam się, by dojrzeć co stoi na dolnej półce. Bingo! Moje mleczko! Ukryte przed wścibskim wzrokiem innych klientów tego przybytku, dodatkowo zasłonięte jakimiś innymi bzdetami. No, bo który sprzedawca nastawiony wyłącznie na zysk wystawi dobry, tani produkt przed oczy maniakom zakupów, skoro mogą kupić drogi i tandetny. Dorwałam mleczka (dwa na zapas, żeby znowu nie musieć przyjeżdżać do marketu) i wyruszyłam na dalsze poszukiwanie barszczu. Po drodze zgarnęłam sól do kąpieli, której na próżno szukać w małych sklepikach, a którą w markecie też nieraz trzeba odkopać z dolnej półki. Bo cenowo nie nadaje się na te wyżej. A potem moim oczom ukazała się spożywka! Wreszcie! Jednak nie mogło być łatwo. Spożywka spożywką, ale to kilkanaście kolejnych alejek, w których zalegały regały z towarem. I szukaj tu tego po co przyszłaś…
Poddałam się przy przyprawach. Po zaliczeniu iluś tam nieopisanych alejek. Znaczy się mniej więcej opisane były. Skłaniałabym się ku opcji: mniej. Dopiero w alejce na regale pisało, co znajduje się na półkach.
Gdyby ktoś wywiesił nad regałami napis: tu są soki, tu mleka, tu przyprawy – byłoby znacznie lepiej.
Albo gdyby przy wejściu dawali mapkę…
Jak wspominałam, poddałam się przy przyprawach. Nogi mi już właziły do d…, w łapkach miałam sól i mleczka, i makaron, i kaszę. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko barszczu. Zaczepiłam pracownicę marketu.
- Gdzie znajdę barszcz czerwony Winiary?
Kobieta spojrzała na mnie jak na ufoludka.
- Taki w pudełku, o takim podobnym jak te sosy – wskazałam kobiecie pudełka z sosami.
- Eeee – zawiesiła się.
Zarąbiście… jak ją zresetować? Żeby zadziałała? Na szczęście po dłuższej chwili coś się w kobiecie odblokowało.
- Na zupach – oznajmiła radośnie.
- Dobra, a gdzie te zupy? – w moich oczach pojawiła się błagalna prośba o przewodnika…
- Alejkę dalej.
Kurcze! Jestem prawie u celu! Z radości dostałam niespodziewany zastrzyk energii i popędziłam radośnie alejkę dalej.
Barszcz! Super! Jest mój barszcz! Znalazłam!
Quest zaliczony! To znaczy prawie zaliczony… Pozostało dotarcie do kas i wyjście z marketu.
Po kolejnym błądzeniu pomiędzy regałami – normalnie labirynt – miałam ochotę włożyć cokolwiek do torebki. Może pojawiłby się ochroniarz i mnie zgarnął w stronę kas. Na szczęście na końcu jednej z alejek ukazało się światełko w tunelu, czyli coś, co przypominało barierki przy kasach. Pognałam w tamtą stronę. Tak! Znalazłam kasy! Zapłaciłam, spakowałam zakupy i…
!@#$% a gdzie teraz dalej? Jak stąd wyjść? Rozejrzałam się bezradnie. Może zadzwonić po Dużego? E, no bez przesady. W końcu ludzie jakoś stąd wychodzą, co nie?
Pozostało mi znowu zrobić kilka okrążeń w środku, żeby trafić na wyjście.
Kiedy poczułam powiew powietrza i dostrzegłam rozsuwane drzwi zwiastujące możliwość wyjścia, prawie popłakałam się z radości. Jestem uratowana! Wolność!

Rozmówki z Młodym (14)

Noc długa ;) Podrzucam Młodemu artykuł o robaczkach (koszenila – taki barwnik pozyskiwany z pluskwiaków) w serkach czy jogurtach i nie tylko.
- Mlody, patrz! Już nigdy nie kupię tego serka!
- E tam, to jest barwnik, do robienia kolorków.
- Błeeeee
- Gorsze rzeczy się już w życiu jadło, np. parówki.

Rozmówki z Młodym (13)

Nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo. Ostatnio mam nieco pod górkę, znaczy się nastąpiła aktualizacja lęków itp. Zdaje się, że z racji pory roku (tak, to zima temu winna – i tej wersji będę się trzymać) dorzucono kilka „bonusów” takich jak bezsenność, panika i inne utrapienia.
W każdym razie Młody próbuje pomagać. Siedzimy w nocy, nawijamy przez net, Młody dzielnie wysyła gify, rozśmiesza, opowiada, nie zrzędzi, nie marudzi. W końcu pytam:
- Młody, a co ty dzisiaj taki wyrozumiały?
- Bo wstałem niedawno i jeszcze się moja socjopatyczna strona do końca nie obudziła. Nie marudź i korzystaj.

Skorzystałam  :D

Rozmówki z Młodym (12)

Tak niefajnie wyszło, że Młody został na miesiąc bez ubezpieczenia. Bestia dorosła i nie da się go namówić żeby zrobił tak jak matka każe. Dostał odgórnie zakaz siedzenia w swoim pokoju, wyłażenia wyłącznie do tolaety, nie tykania się niczego, nie oddychania, nie ruszania się itp., bo jak sobie coś zrobi to będzie problem. Jednak gadka gadką, a życie życiem.
Poleźliśmy na miasto pozałatwiać kilka spraw. Jako matka panikująca trzymałam Młodego z dala od jezdni (bo a nuż go auto potrąci), od innych ludzi (bo ktoś kichnie i go czymś zarazi), oczami nie mrugaj (bo ci coś wpadnie do oka), patrz pod nogi (bo dziury, krawężniki, nierówne chodniki), w sklepie nie stój przy lodówkach (bo się przeziębisz), nie dotykaj niczego (bo zarazki i się strujesz),a tak w ogóle to przestań oddychać (bo w powietrzu też zarazki latają) itp.
Leziemy przez miasto, Młody nieco sfochowany, co jakiś czas rzuca ironiczne uwagi odnośnie tego co może mu się stać na tym braku ubezpieczenia. No nic, tylko go ubić, ale nie wiem czy w jego obecnej sytuacji ZUS wypłaci zasiłek pogrzebowy, to lepiej poczekać, bo pogrzeby drogie.
Jakoś zakręcona dzisiaj byłam, zaaferowana tym co mamy pozałatwiać i tak jakoś wyszło, że cztery razy prawie wlazłam pod auto. Cofnęłam się z jezdni w ostatniej chwili. Kiedy kilka metrów dalej o mało co nie zapoznałam się bliżej z tramwajem, Młody nie wytrzymał:
- Szalej, matka, szalej. Masz ubezpieczenie, możesz sobie na to pozwolić.

Rozmówki z Młodym (11)

Pocinam twardo w gierkę i słyszę niewinny głos Młodego:
- Może ci matka do sklepu po coś iść?
Zdębiałam…
Młody, sam od siebie, chce iść do sklepu?
- Matka, na pewno nic nie potrzebujesz? Bo jak potrzebujesz to ci do biedry skoczę – zapewnia Młody.
Się zdziwiłam… bardzo…
- Młody, a ty chory jesteś czy jak? – lepiej było się upewnić. Przecież sam od siebie od kompa się nie ruszał. Trzeba było motywacji w postaci spaghetti, albo innego żarcia, albo zmuszenia…
- Nie, ale wiesz, mogę iść do biedry, jak coś potrzebujesz.
- No to po sos leć, ale nie musisz taki kawał do marketu, idź do sklepu bliżej.
- Nie no, w biedrze taniej będzie – argumentuje dziecię.
No jak nic dziecko mi się rozchorowało.
- Młody, nie trzeba do biedry, idź tu do tego bliższego sklepu.
- Ale do biedry pójdę, dobra? Masło jeszcze kupię, bo się skończyło. W tym sklepie nie będzie tego co kupujemy.
Noż kufffa. Jak nie będzie? Jak zawsze jest? I co on się tak uparł na tamten kierunek? Oderwałam się od gry i włączyłam tryb myślenia. Trybiki w mózgu zaczynały powoli łapać. Przypomniał mi się nocny spacer z psem i Młodym, który wykazał olbrzymią chęć wyjścia z psem na spacer, ale koniecznie żeby iść w stronę poczty…
- Młody – trybiki w moim mózgu zaczynały kręcić się coraz szybciej – Czyżby w okolicach biedry był jakiś pokemon do złapania?
- No – brzmiała odpowiedź.
I wszystko jasne :)

Pokemon Go!

Swoim leniwym zwyczajem wbiłam na demoty. W przerwach pomiędzy ubijaniem wroga (w końcu nie samą grą nolife żyje), a czyszczeniem Vikinga – bo się maleństwo uświniło po deszczowej rajzie. Wyskoczyły mi dziwne obrazki i teksty dotyczące słitaśnych pokemonków.
Myślę sobie – oooo, czyżby bajka wróciła do łask? Pikachu był całkiem fajny – żółciutki i wyglądał jak mięciutka kaczuszka rodem z reklam produktów dziecięcych.
Jednak po tekście, że Pokemon Go jest podobny do Tindera, bo w obu przypadkach chodzi o upolowanie potwora z pobliskiej okolicy – nieco zwątpiłam. Czyli to nie o bajkę chodziło. Może zatem to nowy portal randkowy? Dla japończyków?
Rozkminiałabym pewnie do białego rana o co tu biega, ale domowa młodzież wykazała się empatią i wytłumaczyła starej matce co to jest to całe Pokemon Go.
Z jednej strony zarąbiście, że ktoś stworzył aplikację, która zmusza ludzi do wychodzenia z domu i przemieszczania się po mieście. Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Z drugiej strony – oczami wyobraźni już widzę te sfory zombiaków pochylające się nad srajfonami (w nadziei upolowania pokemonka), bezmyślnie pakujące się na jezdnię, włażące pod koła aut, motocykli, obijające się o latarnie, słupy, wpadające na innych. Będzie trzeba jeszcze bardziej uważać na drodze, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zombie zaatakuje.
A z trzeciej strony – podziwiam genialny umysł pomysłodawcy, twórcy aplikacji. Stworzyć coś, co spowoduje, że rzesze ludzi będą chodzić pod czyjeś dyktando :D Kierować ich spacerem, krokami, wytyczać im trasę do pokonania, a w nagrodę pozwolić im złapać wirtualnego pokemonka! :D
Toż to lepsze od psa pasterskiego oganiającego stado baranów :D
Ba! To jest lepsze od kierowania Simsami!

Rozmówki z Młodym (10)

Wyleźliśmy z domu, celem uzupełnienia żarcia na weekend. Upał upałem, ale Młodemu zamarzyły się mielone. Nawet sam od siebie i ochoczo zgodził się pójść na zakupy. Co też te lato zrobiło z normalnymi nolifami, to ja nie wiem.
Po drodze zahaczyliśmy o jedno moje ulubione miejsce, a zmianę miał jak zwykle wesoły, żartobliwy sprzedawca. Znamy się już dłuższy czas, często się pożartuje przy okazji robienia zakupów.
- Ooo – zamrugał z niedowierzaniem. – Kiecka? – zmierzył mnie uważnie, ze zdumienia przecierając oczy.
Fakt, zobaczyć Thori w kiecce na mieście, widok rzadko spotykany.
- Ano
- No to teraz trzeba trochę wiatru i będzie jak Marylin Monroe – zamachał rękami w okolicy swoich bioder.
- E, tam – mruknęłam – Dupa za wielka na takie Marylin.
- Ależ skąd! Ależ skąd! – zaczął – Pani to zgrabna i w ogóle! – zapewnił gorliwie.
Do zapewnień przyłączyło się ochoczo kilku męskich klientów wesołego sprzedawcy. Od razu plus 1000 do poprawy humoru. Kupiłam co miałam kupić, wylazłam z bananem na twarzy, a jeszcze w drzwiach było słychać:
- Naprawdę! Zgrabna! Ładnie pani w tej kiecce! W ogóle super!
Humor poprawiony na resztę dnia, nawet upał już nie straszny. (Jakby któraś z dziewczyn potrzebowała darmowych komplementów, to wskażę miejsce, gdzie można je dostać :D) Patrzę na Młodego, a ten się ryje.
- Jesteś matka zgrabna – potwierdził – zgrabna na swój sposób… ale legginsów to ty lepiej nie zakładaj. Sama rozumiesz. Dopóki nie wkładasz legginsów, to nie wyglądasz jak wieloryb.
Tia… dziecko zawsze prawdę powie…
Poleźliśmy dalej. Młody nawija.
- I wiesz matka, on się na mnie obraził.
- Focha strzelił jak baba? O co?
- Bo mu powiedziałem, że czarny humor to jak czarny niewolnik. Nie każdy go ma.
Brechłam śmiechem.